zaraziłam się drogą kropelkową. z nikąd tak na prawdę rozłożyłam się w czwartek, w który to po powrocie do domu od razu się położyłam do łóżka (z toważyszącą mi temperaturą).
kolejne dwa dni również przeleżałam, cechując się brakiem apetytu i 39,5 stopniami celcjusza.
miałam ciągłe dreszcze, bóle mięśniowe, bóle kostno-stawowe. a nawet lekki ból gardła i suchy kaszel.
nic specjalnego, typowa grypa podczas okresu epidemii.
i właśnie miałam sobie wmawiać 'uczucie wyczerpania i ogólnego rozbicia mogące trwać jeszcze 2-3 tygodnie od ustąpienia infekcji', gdy pani doktor, do której się udałam, zgasiła mnie: 'obustronne zapalenie oskrzeli'.
nic nie szkodzi, pomyślałam, uda się kolejnym razem.
nie kaszlę, a powinnam. powinnam, a nie kaszlę. właściwie to dobrze, ataki duszącego kaszlu są jak dla mnie zbyt męczące. nie zapominając o tym, że moje 'ogólne rozbicie' zdązyło się wdrożyć do umysłu! ale musi jeszcze poczekać... tylko nie wiem, czy jest tego świadome...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz